Żółta karteczka z napisem "tomorrow" - "jutro".

Porządki wiosenne – czyli prokrastynacja w praktyce

Wielkanoc za pasem, robi się coraz cieplej… Czas wpuścić trochę wiosennego powietrza do domu i odświeżyć wnętrze. Plan jest od dawna – przemyślany, powieszony w widocznym miejscu. Do roboty…?

Nigdy nie uważałam siebie za osobę odkładającą coś na później. Ok. – podczas pisania prac licencjackiej i magisterskiej, zanim zaczęłam nabijać kolejne strony, lubiłam zebrać sobie zbiory z mojej wirtualnej farmy 😉 Nie miałam napadów pod tytułem “muszę posprzątać”, “a może trochę ćwiczeń”, “ciekawe co słychać u wirtualnych znajomych”. W pracy tym bardziej. Nie zaczynałam dnia roboczego od facebooka. Zaglądałam do kalendarza/notatnika i działałam. Odskocznie były, owszem. Lunch niezależnie od wszystkiego 😉 I czasami, kiedy udało się wszystko załatwić na czas, mała przerwa na newsy ze świata.

A teraz? Szkoda gadać… Najpierw marcowe urodziny – prawie połowa rodziny ma urodziny w tym miesiącu. W tym mój syn i ja. Cały marzec spisałam więc od razu na straty, bo wiedziałam, że sprzątać nie będę. Raczej piec, gotować i ogarniać scenę wydarzeń. Fronty mebli i podłoga błyszczą 😉 Do środka jednak lepiej nie zaglądać…

Jak co roku przygotowałam sobie plan działania. Jednak zupełnie nie potrafię sobie powiedzieć START. A już zupełnie nie wyobrażam sobie, że wyrobię się ze wszystkimi punktami listy.

Odłóżmy to na potem – naukowo

Ostatnio słowo PROKRASTYNACJA stało się bardzo modne. Pochodzi z łacińskiego (a jakże!) pro-crastinus co oznacza “należący do jutra”. Chodzi tutaj o intencjonalne i często nawykowe przekładanie ważnych (i mniej ważnych) rzeczy na później.

Naukowcy odkryli, że w prokrastynacji bardziej chodzi o nieumiejętność zarządzania emocjami, niż czasem. Ludzie przyzwyczajeni do odkładania w nieskończoność zadań do wykonania, według najnowszych badań, mają większe ciało migdałowate (struktura w mózgu odpowiedzialna m.in. za tworzenie negatywnych emocji i kontrolę motywacji) od osób zadaniowych. Zaobserwowano też u nich gorsze połączenia między ciałem migdałowatym a częścią mózgu zwaną grzbietową przednią częścią kory zakrętu obręczy. [1. https://www.ncbi.nlm.nih.gov/pubmed/30118388]

Uff… skomplikowane to wszystko. A chodzi po prostu o to, że jeżeli zamiast zajmować się tym, czym powinieneś znajdujesz sobie milion zajęć obok, tylko po to, żeby stworzyć pozory produktywności, jesteś prokrastynatorem na całego.

Skutki uboczne tego nawyku bywają opłakane. Niższe pensje czy nawet trudności w znalezieniu i utrzymaniu posady to następstwa w sferze zawodowej. Więcej stresu i niepewności prowadzi z kolei do niezadowolenia w życiu prywatnym. Bo z czego tu się cieszyć – obowiązków przybywa, terminy gonią a ja za nic nie potrafię się zabrać. I w konsekwencji ciągłe przekładanie równa się, paradoksalnie, mniejszej ilości czasu wolnego.

Jak żyć?

Świętowanie niestety w tym roku już odpada. Międzynarodowy Tydzień Prokrastynacji przypadał w dniach od 3 do 9 marca. Imprezowanie trzeba więc odłożyć (słowo klucz 😉 ) do przyszłego roku.

Oczywiście można walczyć z tą przypadłością. Rozwiązań jest tyle, ile osób zajmujących się tym zawodowo i nieprofesjonalnie. Poniżej przedstawiam kilka z nich.

  1. Stworzenie odwróconego planu, w którym zamiast dokładnie planować rzeczy, które musimy zrobić planujemy rzeczy, które lubimy robić. Nie powinno się w nim uwzględniać żadnej pracy, żadnych zawodowych zobowiązań. W ten sposób tworzymy miły tydzień, w który z radością wejdziemy. Do tego naszego wyczekanego życia zgrabnie wpleciemy zadania niezbędne do wykonania. Pojawią się one jednak niejako “przy okazji” zaplanowanych rozrywek. Mamy też zastąpić słowo “muszę…” stwierdzeniem “wybieram…”. Buduje to pozytywne skojarzenia i nie wiąże się z potężną walką wewnętrzną między mną odkładającym a mną wiedzącym, że czas zacząć pracę. [2. Neil Fiore: “The Now Habit”]
  2. Skupianie się na etapach bardziej niż na całym zadaniu. W praktyce ma wyglądać to tak, że dzielimy pracę na 15-minutowe odcinki. Chodzi o to, żeby łatwiej było wystartować. 15 minut nikogo nie powinno przytłoczyć [3. Jane Burka, Lenora Yuen: ” Procrastination: why you do it, what to do about it now”]. Łatwiej wyznaczyć sobie za cel umycie jednego okna w sypialni niż wszystkich okien w dwupiętrowym domu ze strychem 😉
  3. Przestrzeganie zasady 2 minut, która zakłada, że rozpoczęcie nowego nawyku nie powinno zabierać więcej niż właśnie 2 minuty. Przykłady? Zamiast celu “czytam codziennie przed zaśnięciem” wytyczam sobie zadanie przeczytania jednej strony. W miejsce ogólnego “poskładać pranie” wstawiam “złożyć jedną parę skarpetek” itd. Koncepcja polega na wprowadzaniu nowych nawyków w najprostszy możliwy sposób. Potem, podobno, wszystko zaczyna się samo układać. Zgodnie z zasadą, że jeżeli już coś zaczęliśmy robić, dużo łatwiej jest to kontynuować. Pierwsze dwie minuty oparte na całkiem prostej czynności prowadzą do rozpoczęcia większego przedsięwzięcia. [4. James Clear, “Atomic Habits”]

Wszystko ładnie pięknie, ale te metody jakoś do mnie nie przemawiają. U mnie odkładanie rzeczy na później pojawiło się wraz z macierzyństwem.

Mamo, dlaczego odkładasz na później?

Czy w życiu mamy jest w ogóle możliwość zaplanowania czegokolwiek? Plan standardowy, plan odwrócony… Co za różnica? Chcę wyprasować pranie podczas drzemki popołudniowej – dzieci nie śpią. Planuję wyjście z koleżankami, kino z mężem i samotny wypad do kawiarni. Do tego miłego tygodnia wplatam umycie okien, porządki w szafie i ogarnięcie ogrodu. Dzieciaki chorują, wszystko trzeba odwołać. Brzmi znajomo?

Dzielenie pracy na 15-minutowe odcinki. Super 🙂 Tylko akurat wtedy kiedy sobie wszystko podzielę to Antek ma kolejny wybuch smutko-złości (bo “dlaczego piję z tej szklanki jak chcę z kubeczka?”, “chcę łyżkę, nie widelec” i inne takie tragedie). Słyszę tylko “do mamy, do mamy, do mamy” i 15 minut zamiast opróżnić szafkę w kuchni towarzyszę płaczącemu trzylatkowi.

Najbardziej cieszy mnie zasada 2 minut. Zamiast sprzątać – wyciągam wiadro i ewentualnie (jeżeli się wyrobię) nalewam do niego wody. Pozostawienie go w łazience da dzieciakom wspaniałe pole do popisu. Wszak woda to jedna z ich ulubionych zabawek. A jej wylewanie – wspaniałe rozwojowe zajęcie 😉 Może trzeba im dać mop i sam się dom ogarnie. Tak przy okazji 😉

Wszystkie te metody, nie wątpię, mogą pomóc komuś, kto ma faktycznie problemy z odkładaniem ważnych projektów. I kto nie ma dzieci 😉

Czy z moją mamową porządkową prokrastynacją da się cokolwiek zrobić?

Chyba musi się dać jakoś to ogarnąć. Po pierwsze i najważniejsze i (prawie) jedyne – koniec z perfekcjonizmem. Jeżeli sprzątam szafki w kuchni, to przecież nikt nie każe mi reorganizować całej przestrzeni jadalnej. Ogarnięcie szafy z ciuchami moimi i męża nie musi oznaczać przeglądania wszystkich ubrań i dzielenia ich na miliony kupek – to włożę dziś, to będzie modne jutro, a to może założy Zosia jak dorośnie… 😉 Wystarczy wytrzeć kurze. Porządek w łazience nie równa się segregowaniu ręczników według kolorów, rozmiarów, marki i stopnia sprania. Trzeba tylko je podnieść i pod nimi przetrzeć. Może ewentualnie wpakować do worka próżniowego i odessać powietrze. Zaraz zrobi się więcej miejsca.

Drugą zachętą na ten czas, jaką sobie wymyśliłam w tym roku, jest bycie eko. Porządki octem, sodą i wodą. I innymi dodatkami. Panie domu znające się na sprawie twierdzą, że czysto jest. I meble nie wydzielają substancji bardziej trujących niż smog (gdzieś wyczytałam, że po sprzątnięciu chemią gospodarczą nasz dom staje się zabójczy dla mieszkańców). Moja głęboko ukryta natura eksperymentatora już nie może się doczekać. Do tego zawsze to coś nowego 🙂 Pamiętam radość z okien umytych tylko wodą z octem. Może tym razem uśmiech na mojej twarzy pojawi się w związku z jakimś innym prostym eko wynalazkiem.

Czas zabrać się do roboty. I przestać udawać produktywność pisząc tę notkę 😉

Do boju!

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o