Obrazek retro przedstawiający zorganizowaną panią domu w latach 50. XX w. pieczącą ciasto

Mama w domu – najniższa kasta?

Mama na urlopie wychowawczym – to mama siedząca w domu, mama mająca urlop, mama niemająca żadnych obowiązków, mama mogąca zająć się swoimi dziećmi, mama która po prostu ma wolne…

Ileż to razy słyszałam teksty: „Ale masz fajnie – ja tu siedzę w pracy a ty możesz sobie w domu z dzieciakami pobyć”, „Mam już dosyć tej pracy. Tobie to dobrze – możesz sobie w domu posiedzieć”. Czy naprawdę tak jest? Czy mama na urlopie wychowawczym z dwójką dzieci (2 lata i 9 miesięcy oraz rok i 7 miesięcy) faktycznie w domu siedzi i pachnie, przy okazji z uśmiechem ogarniając swoją radosną gromadkę?

RZECZYWISTOŚĆ bywa bezlitosna

Bywają momenty, kiedy siedzenie faktycznie jest siedzeniem – kiedy malujemy, rysujemy, tworzymy klockowe konstrukcje. To są jednak tylko krótkie chwile, przeplatane krzykiem, kłótniami („to moje klocki!”, „nie zabieraj!”, „mamooooo! Ona mi zabrała”, „oddaj!”). Do tego moje żywe srebra mają milion pomysłów na minutę i taki, nazwijmy to „odpoczynek” przemija. W jego miejsce przeważnie wstawiamy sobie bieganie po domu, taniec, zabawę w chowanego i inne zajęcia ruchowe. A że mamusia musi się też bawić (i przede wszystkim chronić pociechy przed wypadkami) to biegam z nimi. Tyle w temacie siedzenia.

A co ze spokojem? Co z brakiem stresu? Bo przecież domowe matki nie mają obowiązków. Przykład z dzisiaj. Młoda panna wciąż ząbkująca (niech te trójki jej wreszcie wyjdą!) i do tego wydaje mi się, że przechodzi przyspieszony bunt dwulatka. Panicz – ostatnio chodząca maruda i płaczek, którego ulubionym hasłem jest „To moje!”. Dzisiaj wszyscy w kiepskich humorach. Matka również. Bo jak tu być w dobrym, skoro na dworze szarówka, od trzech tygodni non stop w domu (synek do wczoraj na lekach na zapalenie ucha a córka jeszcze kilka dni temu miała gorączkę 39.5) z przerwą na niedzielną mszę św., odwiedziny wujka w szpitalu a ostatnio jego pogrzeb. I tak sobie razem jesteśmy w tym zamknięciu.

Śniadanie. Budyń jaglany – jeszcze w zeszłym tygodniu rarytas i cud miód. Dzisiaj jednak zrobił się blee. I nikogo nie obchodzi, że mama się narobiła, że musiała miksować to dobre kilka minut, że się namęczyła wyciągając pestki z granatu, że specjalnie szatkowała orzechy (opis tego, co jedzą dzieciaki znajdziesz TUTAJ). A gdzie tam – nie będziemy jeść i już. Krzyk „wychodzić!” i koniec posiłku.

Nic to. Mama myśli sobie – szybko odkurzę i się razem fajnie pobawimy. Bo odkurzyć trzeba – kłaki kurzu zaczynają się przemieszczać jak w filmach o Dzikim Zachodzie. Najwyższy czas zrobić z tym porządek. Ale dziatwa ma inne plany. Mają zamiar sobie pomarudzić, że mamusi „nie wolno odkurzać”. I tak z odkurzania mieszkania, które normalnie zajmuje ok. 20 minut robi się spektakl pełen krzyków i płaczu trwających 45 minut. Po tym następuje ulubiony element poranka – ubieranie.

Wszyscy chętnie się rozbierają i z krzykiem nago rozbiegają po całym mieszkaniu. A w matce się gotuje, chociaż na zewnątrz oczywiście grymas uśmiechu i spokojne tłumaczenie, że trzeba się ubrać bo nago nie powinno się chodzić zwłaszcza, że w domu chłodno. Że może ktoś nas odwiedzi. Że to i że tamto… Nic nie działa. W końcu po prostu sama idę się ubierać i wtedy wszyscy się zlatują. Bo słowo „prywatność” w języku moich dzieci nie istnieje. Powoli dochodzimy do zabawy.

Nie jestem zbyt dobra w wymyślaniu aktywności dla dzieci więc często korzystam z pomocy internetowych mam. Dzisiaj przelewaliśmy wodę z większych kubków do mniejszych (opis znajdziecie TUTAJ). Korzystaliśmy oczywiście z takich samych pudełek, miseczek i miarek kuchennych. Problem w tym, że nie miałam miseczek tego samego koloru – jedna była pomarańczowa a druga niebieska. No i ta daaam. Mamy punkt zapalny. Bo przecież inny kolor = zupełnie inna rzecz… I fajna zabawa stała się po ok. 10 minutach kłótnią dnia. A w tym wszystkim mama, która już nie z takim spokojem, tłumaczyła, że przecież to jest to samo. Że jeden może poczekać aż drugi skończy się bawić i wtedy zabrać… Ale przecież dla dzieci istnieje tylko natychmiast i w tej chwili. Tyle małych frustracji do rozwiązania, a tu przed nami było jeszcze drugie śniadanie, kładzenie się na drzemkę, sama drzemka (która rzadko kiedy przebiega bez pobudki chociaż jednego z dzieci), obiad…

Takie sytuacje są na porządku dziennym. Raz jest ich więcej, raz mniej, czasami (bardzo rzadko) wszyscy chętnie razem współgrają i mamy super dzień bez kłótni.

Oczywiście, mamy pracujące też przeżywają duże dramaty małych ludzi. Dzieje się to jednak w nieporównywalnie mniejszej skali niż u mamy decydującej się na urlop wychowawczy.

Brak wsparcia ze strony “świata” nie zachęca…

Teraz czas na teksty „przecież sama tak wybrałaś”. Tak, zgadza się. Chciałam i nadal chcę być w domu z dziećmi. Nie wyobrażam sobie, żeby wychowywały je przedszkole, niania czy babcia. Lubię patrzeć, jak się rozwijają, jak uczą się nowych rzeczy, próbują nowych smaków. Mam jednak pełne prawo do narzekania, tak jak każda z pracujących mam ma prawo do wyżalenia się na swoje obowiązki. To, że została w domu z dziećmi nie znaczy, że nie mam prawa na słabszy dzień, na zmęczenie, na wygadanie się. Nie jestem kimś gorszym tylko dlatego, że nie ma zawodu „pani domu”.

Stąd też rodzi się we mnie taki mały apel…

Droga mamo pracująca, nie zapominaj proszę, że w czasie, kiedy ty jesteś w pracy ktoś zajmuje się Twoim dzieckiem i dostaje za to wynagrodzenie. Ja robię to za darmo. Mamo etatowa, pamiętaj proszę, że często nie musisz przejmować się, co zje Twoje dziecko na drugie śniadanie, obiad i podwieczorek, bo robi to za Ciebie ktoś inny. Ja planuję i gotuję sama, często też z dziećmi, co bardzo wydłuża każdą czynność. Mamo-bizneswoman miej na uwadze, że w pracy nie tylko pracujesz, ale również spotykasz się z innymi ludźmi, czasami wypijesz kawkę ze współpracownikami. Ja często nie mam nikogo dorosłego wokół siebie przez kilka tygodni – z wyjątkiem męża, który niestety często późno wraca do domu.

Nie. Nie chcę być traktowana jak męczennica i nie chcę z siebie kogoś takiego robić. Chcę po prostu równego traktowania przez inne kobiety. „Siedzenie w domu z dziećmi” wcale nie jest takie łatwe i przyjemne. To praca 24h/dobę, w której nie ma L4 czy urlopu na żądanie. Zapraszam do wypróbowania 😉