Ręka medytującej hinduskiej kobiety siedzącej w pozycji kwiatu lotosu ubranej w Sari w Indiach

Mama czyta: “Na wschód od zachodu”

Kultura Dalekiego Wschodu wydaje Ci się pociągająca i piękna w swej tajemnicy? Na sam dźwięk “Indie” podskakujesz, zaczynasz pakować plecak i planować, komu by podrzucić dzieciaka? To nie o mnie 😉 Książkę “Na wschód od zachodu” Wojciecha Jagielskiego dostałam od mojego męża pod choinkę. Właśnie ją skończyłam. I jestem oczarowana.

Nie będę się tutaj silić na recenzje. Jestem wielką fanką pana Jagielskiego i jego książki dosłownie pożeram. Dowodem na to niech będzie fakt, że 313-stronnicową książkę wchłonęłam w dwa tygodnie (co przy moich dzieciach jest rekordem, aczkolwiek w czasach beztroskiej młodości wynik byłby to mocno średni).

Co my tu mamy?

Początkowo średnio podobał mi się podarek od małżonka. Nawet zwróciłam mu uwagę, że niekoniecznie musi mi kupować każdą nową książkę tego autora (w zeszłym roku obdarował mnie “Wszystkimi wojnami Lary”). Bo co mnie interesują hippisi? Albo Indie? Albo poszukiwanie siebie? Kiedy jednak zaczęłam czytać – przepadłam.

Lektura podzielona jest na trzy części. Każda opisująca ludzi, szukających na mitycznym Wschodzie swojego szczęścia. Jest więc handlarz narkotykami ze swoją dziewczyną, niezadowoloną z zamiłowań swojego faceta do odurzania się. Mamy włóczęgę, który próbuje jak najbardziej wydłużyć swoją młodość w lęku przed dojrzałością i odpowiedzialnością. Są jednak też głębsze postaci. “Święty” – prawdziwy hippis przybyły do Indii z pierwszą falą ludzi kwiatów. I Kamal – wokół której toczy się opowieść – Polka, która wybrała tułacze życie w poszukiwaniu szczęścia.

Książka to zbiór opowieści o życiu tych osób. Powodach, dla których wybrali się w niebezpieczną podróż. Niekończące się rozmowy, przybliżające Indie i pozostałe państwa znajdujące się na lądowym szlaku do tej dawnej brytyjskiej kolonii.

Co mnie uderzyło?

Przede wszystkim fakt, że kiedyś, wcale nie tak dawno temu, w państwach takich jak Turcja, Afganistan, Iran, panował pokój i spokój. Ludzie żyli po swojemu, nikt nikogo nie napadał (chyba, że chodziło o jakieś lokalne wendetty), nikt nie wtrącał się w nie swoje sprawy. Hippis “Święty” przebył szlak w czasach, kiedy te wszystkie kraje nie prowadziły żadnych wojen, nie słyszano o zamachach bombowych. Szok! Jego opowieści o podróży, pełne “peace and love” kontrastują z opowieściami pana Jagielskiego. Jako korespondent wojenny odwiedzał rzeczone tereny w momentach dramatycznych. Niesamowite, jak w kilka lat z oaz harmonii stały się obszarami walk i przemocy.

Czy wyobrażacie sobie wiadomości bez informacji o zamachach bombowych w Afganistanie, kolejnych fanatycznych irańskich ajatollahach czy nowych zaczepkach Turcji Erdogana? Kiedyś tak było. Pewnie wtedy osoby mieszkające na tych terenach nie myślały, że ich życiem zacznie rządzić przemoc i prawo silniejszego. Nigdy nie możemy być pewni, tego co przyniesie przyszłość. Mnie ta nieprzewidywalność zawsze uderza. Jednocześnie skłania do refleksji, że nasz byt jest bardzo kruchy. Dlatego bądźmy wdzięczni za to, co mamy. I za pokój, który nas otacza.

Co mnie jednak zainteresowało najbardziej? Oczywiście kwestie wychowawcze 😉

Jako typowa Matka Polka książkę tę przeczytałam zwracając szczególną uwagę na motywy, które kierowały bohaterami. Co pcha człowieka w nieznane? Dlaczego Ci młodzi ludzie decydowali się na taką podróż? Dlaczego swojego szczęścia nie próbowali znaleźć bliżej? I wreszcie – jakie pragnienie skłaniało ich do ucieczki z domu? Dlaczego opuszczali swoje rodziny?

Czy to roztropne zapuszczać się w nieznane, chcąc odnaleźć drogę? Czy nie należy się obawiać, że człowiek pogubi się jeszcze bardziej, straci rozeznanie i będzie się błąkał jak po pustyni, nie wiedząc ani gdzie jest, ani dokąd tak naprawdę zmierza? Podróż, jak wszystko w życiu, powinna mieć swój powód i cel. Wędrówka na oślep, byle dalej, jest jak ucieczka. Wyrusza w nią tylko ktoś nieszczęśliwy, ktoś, komu w życiu jest tak źle, że wszystko wydaje mu się lepsze niż trwanie w tej niezmienności, niewoli.

Rodzice zawsze chcą dać swoim dzieciom szczęście. Czasami robimy to nieudolnie, czasami staramy się uszczęśliwiać na siłę. Oczywiście, popełniamy przy tym mnóstwo błędów. Które jednak z tych błędów przyczyniają się do tak drastycznych posunięć dzieci? Dlaczego niektóre z nich, pochodzące w gruncie rzeczy z dobrych domów, ruszają w nieznane? Przecież na pozór wszystko jest ok.

Dzieci nie można wychowywać z pozycji lęku. Psychologowie zgodnie twierdzą, że nie jest to dobra postawa. Cóż… po takich lekturach, jak ta, mój lęk wzrasta 😉 Bo co jeżeli moje dziecko też kiedyś zwieje z domu? Co jeżeli nieprzespane noce z powodu ząbkowania zostaną zastąpione nieprzespanymi nocami z powodu braku wiadomości od dziecka? Ja wiem, znam teorie – dzieci nie wychowujemy dla siebie. Bądźmy jednak szczerzy – na pewno?

Tak, chcę szczęścia moich dzieci. Nie mam wygórowanych ambicji. Moim zamiarem nie jest zrobienie z nich lekarzy, prawników czy innych dygnitarzy. Aczkolwiek super, gdyby tak było 😉 Chcę, żeby byli spełnieni w tym, co robią. Chcę, żeby byli dobrymi ludźmi z zasadami. I chcę uczestniczyć w ich szczęściu, czytaj – mieć z nimi kontakt. Na samą myśl, że mogliby gdzieś przepaść w poszukiwaniu siebie czuję, jak serce podchodzi mi do gardła.

Rodzice bohaterów popełnili aż nazbyt oczywiste błędy. Brak stabilności, chęć realizacji własnych marzeń, zbyt duże wymagania, nie wsłuchiwanie się w potrzeby swoich pociech. W skrócie – TOTALNY brak relacji. Wydaje mi się, że w naszej rodzinie tak nie ma. Staramy się dzieciom poświęcać mnóstwo czasu i mam nadzieję, że to nie ulegnie zmianie. Że nie zabraknie im z naszej strony miłości i wsparcia. Co jednak, jeżeli to im nie wystarczy? Albo zrobimy to zbyt nieudolnie?

Dzieci wychowujemy dla świata

Chociaż serce może boleć, to od błędów się nie ustrzeżemy. Trudno mi się z tym pogodzić, ale być może moje kochane maluchy nie znajdą szczęścia w zachodnim świecie. W moim świecie. Nic na to nie poradzę. Problemy bohaterów można oczywiście zwalać również na otoczenie, w jakim dojrzewali. Pozbawione wartości nie miało do zaoferowania nic tym, którzy poszukiwali prawdy. Chrześcijaństwo wydawało się zbyt nudne i zhierarchizowane.

Czasami jednak chyba po prostu tak jest, że dzieciaki potrzebują w 100% odłączyć się od tego, co jest bliskie ich rodzicom. Muszę popracować nad akceptacją tej prawdy 😉 I wprowadzić więcej zasady “carpe diem” w moim życiu. Kiedyś, pewnie szybciej niż myślę, przestaniemy z mężem być najważniejszym punktem odniesienia dla dzieci. Lepiej mieć tego świadomość 😉

Warto – nie warto?

Oczywiście, że warto zaznajomić się z tą pozycją. I to bynajmniej nie dla, opisanych przeze mnie najdłużej, aspektów wychowawczych. Dla rodziców, którzy wszystkie samotne podróże muszą odłożyć na bliżej nieokreślone “kiedyś” lektura reportaży i książek podróżniczych to ożywcze tchnienie. Możliwość zagłębienia się w światy chwilowo niedostępne. W przypadku “Na wschód od zachodu” to także okazja do poznania świata, który już nie wróci. Takiego z opisów w baśniach z 1001 i jednej nocy. Dodatkowo – to solidna dawka wiedzy o Indiach. Fascynującym kraju, skrajnie odmiennym od tego, co nas otacza.

Polecam!

Książkę “Na wschód od zachodu” Wojciecha Jagielskiego możesz kupić np. TUTAJ.

Inne wpisy z serii “Mama czyta…” znajdziesz TUTAJ.

 

Dodaj komentarz

avatar
  Subskrybuj  
Powiadom o