Na tle nieba góra pod którą człowiek stara się wepchnąć okrągły kamień - metafora macierzyństwa

Mama czyta: “Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały”

W życiu chyba każdej mamy nadchodzi taki czas, że macierzyński chaos zaczyna przytłaczać. Niezależnie od miejsca zamieszkania, statusu zawodowego czy materialnego przychodzi taka chwila, kiedy mamy dość. Siebie, dzieci, domu – wszystkiego. Maluchy płaczą, my (czasami już nie prawie) eksplodujemy a potem mamy ogromne wyrzuty sumienia, że zawalamy. Właśnie jestem na tym etapie.

Pewnie za wcześnie na przytoczenie znanego wszystkim przysłowia “małe dzieci – mały kłopot, duże dzieci – duży kłopot”, ale aż samo ciśnie mi się na usta. Jeszcze w zeszłym roku osiągnięcie takiego stanu, w jakim jestem teraz, wydawało mi się niemożliwe. Zosia była wtedy naprawdę malutka, nie stawiała nawet pierwszych kroków i przemierzała świat na czworaka. Antek zaczynał podejmować swoje pierwsze niezależne decyzje i było już widać zalążki buntu dwulatka, ale był do ogarnięcia. Funkcja starszego i odpowiedzialnego brata odegrała tutaj pewnie niebagatelną rolę. Wcześnie zaczęliśmy go traktować jako pomoc, szybko skończyła się dla niego faza słodkiego dzidziusia. Moje zmęczenie owszem – było, ale bardziej fizyczne. Milion nocnych pobudek, ciągłe karmienie Małej potrafiło dać w kość. Jednak zregenerowanie się było dosyć “łatwe”. Wystarczyło 4-5 godzin przespanych ciągiem i świat stawał sie na powrót piękny i radosny.

“Totalnie nie ogarniam” – to temat przewodni ostatnich kilku tygodni. Nie wiem kiedy życie w domu wymknęło mi się spod kontroli. Zawsze byłam wybuchowa. Charakteru nie zmienimy, ale możemy nad nim pracować. Ciągle więc pracuję i staram się. Bardzo się staram. Ale dzieciaki doprowadzają mnie do szału. Nie potrafię z nimi wytrzymać. Staram się poświęcać im 100% uwagi, ale przecież nie zawsze można. Czasami trzeba posprzątać, ugotować, skorzystać z toalety… Tylko one wtedy dostają jakiegoś szału. Same sobą zajmują się 10-15 minut a potem jest wybuch. A ja często nie mam najmniejszego pomysłu jak go ugasić. Zresztą – jak mam gasić czyjeś pożary, skoro sama w środku eksploduję?

Miałam sielską wizję tego, że miłość w wychowaniu wystarczy. Kierowanie się intuicją zawsze załatwi sprawę. Cała ta układanka właśnie się wali. Nadszedł więc najwyższy czas na samokształcenie.

Życie bez poradników – możliwe?

Bardzo długo uważałam, że czytanie poradników z serii “jak wychować dziecko” jest bezsensowne. Przecież sama jestem dobrze wychowana, wiem jak się zachować, staram się kierować w życiu miłością Boga i bliźniego. Wystarczy więc dawanie przykładu dzieciom i samo pójdzie do przodu. Ech, jakaż ja byłam naiwna. Do tego moja mama, mój autorytet w wielu sprawach, cały czas powtarzała, że ona się naczytała mnóstwo takich książek a potem życie i tak napisało swój scenariusz. Posłuchałam więc jej rady, która dobrze współgrała z moim podejściem. I olałam dokształcanie się w roli “mama”.

Kiedy syn przechodził, całkiem łagodnie, bunt dwulatka zajrzałam do książki “Najszczęśliwsze dziecko w okolicy” Harveya Karpa. Jednak jej styl (może to wina tłumaczenia?) i porady bardzo mnie zniechęciły. I utwierdziły w przekonaniu, że ja TEGO nie potrzebuję.

Teraz mam w domu buntującego się prawie trzylatka i, upartą z natury, buntującą się prawie dwulatkę. Dom to pole walki. Toczy się nieustanna wojna i wszyscy walczą ze wszystkimi. Są momenty, kiedy nie można tutaj wytrzymać, a powietrze bywa gęstsze niż smog za oknem (a mieszkamy na Śląsku). Iskrą zapalną może być wszystko – od faktu, że tata musi chodzić do pracy, przez podanie akurat nie tej potrawy, którą ktoś chciał przez zgubienie autka czy przyczepienie do budowli klocka nie tego kształtu/koloru. Nie wspominam już o takich czynnościach jak mycie zębów czy ubieranie się, bo te w 9 na 10 przypadków kończą się karczemną awanturą.

Po jednej z takich bitew, kiedy było naprawdę ostro a nasze krzyki i płacze było pewnie słychać na całym korytarzu, stwierdziłam, że STOP! Trzeba coś z tym zrobić. JA muszę coś z tym zrobić. Po wnikliwej analizie rynk kupiłam GO – poradnik o wychowaniu dzieci.

“Jak mówić, żeby maluchy nas słuchały” – Joanna Faber, Julie King

Czy wy też tak macie, że czytając poradniki o tym, jak mówić do dzieci a czego unikać orientujecie się, że wszystko robicie źle? Ja mam takie wrażenie od pierwszych chwil lektury. Jedyny błąd, którego nie popełniam to porównywanie rodzeństwa. Cała reszta jest jedną wielką moją winą. Naprawdę. Odnajduję swoje słowa we wszystkich zdaniach zaczynających się od “zamiast reagować słowami…”. To jest niesamowite! Dosłownie WSZYSTKO robię nie tak, jak uczą tego panie Faber i King. Można się naprawdę załamać…

Poradnik uważam za świetny. Od razu domówiłam “Jak mówić, żeby dzieci na słuchały. Jak słuchać, żeby dzieci do nas mówiły”. Bardzo dobrze napisany. Czyta się go bardzo przyjemnie a przykłady z życia wzięte pozwalają utrwalić podaną teorię. Przeczytałam już 3/4 książki i, z wyjątkiem rozdziału o pochwałach, zgadzam się z autorkami. Akceptowanie uczuć, brak krzyków, wychowanie bez kar – to wspaniały ideał, który bardzo chciałabym osiągnąć.

Teorie sobie – życie sobie. Prawda! Jak na razie udało mi się przeżyć jeden dzień w zgodzie z podanymi przez autorki radami. I był to naprawdę dobry dzień. Po którym byłam wykończona bardziej niż kiedykolwiek 😉 Tyle wysiłku intelektualnego, jaki włożyłam, żeby:

  1. przypomnieć sobie wszystko, co było napisane na temat podobnej sytuacji w poradniku,
  2. dostosować wskazówki do konkretnej sytuacji w domu,
  3. nie poddać się mimo, innej niż opisana, reakcji moich dzieci,
  4. spróbować innego sposobu opisanego w książce,
  5. nie wybuchnąć,

nie pamiętam, żebym musiała wkładać w jakikolwiek korpo obowiązek w moim życiu zawodowym. Dzień z poradnikiem “pod pachą” był pełen szczęścia i uśmiechu. Nie wyobrażam sobie jednak, że kiedykolwiek dam radę tak postępować kilka dni z rzędu. A czuję, że powinnam. Nie chcę przecież zniszczyć dzieci. Nikt nie chce. Bardzo chciałabym, żeby wyrośli na dobrych ludzi potrafiących radzić sobie ze swoimi emocjami i szanującymi uczucia innych. A jako poradnikowa “neofitka” czuję, że jeżeli postąpię wbrew zaleceniom – wychowam zapatrzonych w siebie, wybuchowych egoistów.

Czy warto – czyli co dalej z podręcznikową wiedzą?

Poradnik polecam wszystkim rodzicom maluchów, którzy czują, że coś jest nie tak. Mnie dodał trochę pewności siebie. Wiem, jak powinnam postępować. To oczywiście nie znaczy, że udaje mi się to za każdym razem. Jestem jeszcze żółtodziobem. Zaczęłam jednak pracę nad sobą i mam nadzieję, że przyniesie rezultaty. Pewnie będzie męcząco i pod górkę, ale przecież nikt nie obiecywał, że życie rodzica będzie usłane różami. Czasami na tej naszej wojence mam wrażenie, że kwiaty dawno zwiędły i zostały tylko kolce…

DO BOJU!!!

Post Scriptum

W ramach poradnikowego zawrotu głowy znalazłam kurs Agnieszki Pieniążek “Rodzicielstwo pełne spokoju”(link TUTAJ). Jeszcze jakiś czas temu nie pomyślałabym, że będę w ogóle zastanawiać się nad poświęceniem prawie 230 zł. na jakieś tam wyzwanie rodzicielskie. Teraz jednak poważnie rozważam taką możliwość. Dojrzewanie? Czy może zwariowałam do reszty? Skoro wydajemy dużo pieniędzy nad dokształcaniem zawodowym to czy nie warto poświęcić trochę grosza nad usprawnieniami w dziedzinie “rodzic”? Dobrze, że jest jeszcze trochę czasu do namysłu 🙂